Niesłychane, w Szczecinie w początku listopada pada śnieg. Mąż coraz bardziej podejrzliwym wzrokiem zerka na mnie co to ja nazwoziłam z tego Ślunska ze sobą. No nie wiem ale wydaje mi się, że listopadowa śniegowa breja to nie było to, co kochałam w rodzinnych stronach najbardziej… No chyba że samo się przywlekło.
Wystarczył nam krótki spacer do sklepu obok żeby podjąć jedyną słuszną decyzję: zostajemy w domu. Wysprzątałam łazienkę, poprasowałam zaległe koszulki, będzie dobra kolacja. Dobry zwykły dzień. Nie czuję sprzeciwiania się tradycji bo tak jak już pisałam, dla mnie ta tradycja nie istnieje już od jakiegoś czasu. Czy jestem nieczuła?
Ach, z rozważań o bycie i niebycie i o tym co potem i czy coś potem zdecydowanie wybieram radość skakania samą w sobie. Tak jak dzisiaj, albo może nawet szczególnie dzisiaj. Co do reszty mam pewien opór przed głoszeniem swoich poglądów.
Cóż. Zdarza się.
8 Comments
zrobiłabym tu teraz emotkowy gest, który zastałam dziś na gadu od Ciebie, ale to by było lekko niestosowne, jak gest tego, wiesz… Kozakiewicza nawet trochę… taki ‚GEST MLODEJ’….
:* przemilczę zatem :)(acha – uwielbiam Cię :* )
Rwie, pulsuje, szarpie, piecze, szczypie, kłuje, łupie, tnie, dźga, kąsa, miażdży
a czemu masz opór?
:)*
właściwie dopiero teraz kiedy zastanawiam się nad odpowiedzią dociera chyba do mnie, że to nie opór sam w sobie; to po prostu dyskusja z rodzaju tych ciekawych, owszem, ale w których jakoś nie masz ochoty zabierać głosu; pewnie masz też tak czasem? wolisz posiedzieć z kubkiem herbaty z boczku i po prostu tylko się poprzysłuchiwać
po co kopiujesz wpisy z innych blogów?
czasem tak. :)i na początku tu też tak było, ale jak widzisz – pękłam. i to dość porządnie.
no popłynęłaś, to fakt