Nienawidzę tego dnia. Zawsze tak było. Dzień wolny, w którym już trzeba myśleć o przyszłym tygodniu. Dzień, w którym trzeba iść spać o ludzkiej porze. W którym trzeba pomyśleć co założyć jutro do pracy, wyprasować, przygotować wszystko do wyjścia żeby rano złapać dodatkowe 10 minut spania.
Kolejny smutny blog, który uzmysławia mi jacy ludzie są nieszczęśliwi. Myślę o tym jaka ja nieszczęśliwa byłam kiedyś, choć chyba zawsze było mi dobrze samej ze sobą, dzięki czemu jakoś to wszystko było. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że nie było tak źle skoro przeżyłam, ale rozumiem tych dla których wali się świat. Myślę że to kwestia pewnego dystansu i alternatywy. Tak, alternatywy. Wolno nam stawiać wszystko na jedną kartę bo tylko wtedy można wygrać nagrodę główną, nie wolno jednak zakładać że to i tylko to, a jeśli nie to to koniec wszystkiego. „The winner takes it all”. Tak, tyle że jest jeszcze zawsze „other”. I mimo że na początku to „other” wydawać się może beznadziejne i bezsensowne, jednak jest, a skoro jest to trzeba zrobić wszystko by coś z tego dostać, wyciągnąć dla siebie. Truizmem jest stwierdzienie, że co nas nie zabije to nas wzmocni, ale to jest prawda! Żyjemy, istniejemy, oddychamy, zróbmy coś żeby coś z tego mieć! Nawet smutek może być konstruktywny.
Tak, wiem, wygląda na to że jestem szczęśliwą panienką bez zmartwień i trosk, więc cóż mogę wiedzieć o PRAWDZIWYM cierpieniu. Tyle, że przeszłam więcej niż większość ludzi w moim wieku. Przeszłam… przez większość życia przechodziłam coś o czym nadal nie umiem mówić ani pisać, z resztą to nieistotne. Było naprawdę źle. Wiele razy byłam na skraju. Wiele razy popadałam w umartwianie się które trwało tygodniami i miesiącami. Wiele razy zazdrościłam innym tego czego ja nigdy nie miałam. I nadal zazdroszczę. Tyle, że teraz wiem że niczego już w przeszłości nie zmienię, za to mogę wiele w przyszłości.