Z numerków wysłanych w sobotę wygrały trzy z moich. Postanowiłam, że odbiorę ustawowe dziesięć zeta, siedem pięćdziesiąt zostawię na fajki a za resztę poślę następne dwa zakłady. Idea jest taka, że nie zwiększam obstawianej kwoty. Będę twarda. Będę grać po dwa i wygram te cholerne dwieście paczek na chatę.
Co prawda sprytny plan sypnął się lekko w momencie uświadomienia sobie, że jednak musimy iść jutro do banku, bo losowanie jest dopiero wieczorem. Aneks do sprytnego planu zakłada zatem, że idziemy jutro na 17, ściemniamy jak się da o promesę, pani od kredytów mięknie i przyznaje, wracamy do domu, sprawdzamy cyferki, trafiamy piątkę, po czym bierzemy telefon i oznajmiamy pani, że bardzo dziękujemy ale jednak nie skorzystamy, w związku z czym może użyć naszych wniosków jako podkładkę pod kawę. Po czym wybieramy mieszkanie na Końskim Kieracie, to wypasione na maksa i kupujemy by cash.
Jak dobrze pójdzie, za tydzień się przeprowadzamy.
(a teraz wszyscy zgodnie, w jednym tonie zamykamy oczy, zaciskamy kciuki, wymruczamy jednostajnie ommm i trwamy tak bez ruchu do jutra wieczora; kurka kurka kilometr sznurka)
2 Comments
ommmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm
Ty se nie rób jaj :> Jak nigdy nie gram, tak dziś właśnie jednego zakładzika puściłam, bo mnie się cyferki i kuponiki i jeszcze kioski z kolekturkami nowo postawione tuż pod oknem śnią od nocy kilku. I tu Kochana zaprzeczyć nie możemy, iż to jest czytelny, bezczelnie jawny znak Kosmosu, że ta kasa tym razem jest moja
Na nową gitarę, czerwone trampki i rower dla Nowego, o! No i na kilka innych jeszcze życiodajnych spraw… ;):*