Wiatr świszczy w szparze drzwi balkonowych. Mąż wyleguje się na kanapie, w kapturze bluzy, pod kocem, z kawą z mlekiem i cukrem i gazetką, z której cytuje mi co chwila co zabawniejsze akapity i wkurza się że go nie słucham.
Podsłuchujemy Orkiestrę spod Urzędu Miejskiego, dobroczynną dla naszej szklaneczki z groszami, która zaczynała ważyć ładny kilogram i z którymi nie bardzo było wiadomo co zrobić. Dziś się zrobiło.
Chyba tak troszkę myślę sobie, że żyjemy ostatnio takimi drobnymi, bez epokowych wydarzeń, bez fajerwerków ale i bez zapaści. Zapełniamy swoją szklaneczkę drobnymi codziennych dni, małymi gestami i całą szarą naszą zwykłością. Dużo pracy w pracy i poza pracą, dużo zmartwień i kilka niewiadomych, ale też przecież uśmiechy i dobre słowa, i kawa z cukrem i mlekiem i wiatr świszczący w szparze drzwi balkonowych…
Myślę sobie, że nie zamieniłabym tego na nic innego w świecie.
6 Comments
Mam całkiem, całkiem podobnie ale najważniejsze, że uśmiech
za te drobniaki ze szklaneczki mogłas sobie nowe drzwi balkonowe zakupić;tzn symboliczną kwotę na nie wplacićewentualnie na raty rozłożyćalbo ta kwota byłaby kwotą wejsciową, reszta sama by sie dołożyła
A kto powidzial, ze trzeba zmieniac?!
ależ jak najbardziej i bardzo i bardzo :)))
no… właśnie nie trzeba
no wlasnie…:)