Uwielbiam Słowaków. Są wyluzowani, spokojni, niespieszni. Mają świetny język który śmieszy tylko przez pierwsze pół godziny a potem chce się gadać z nimi po ichniemu i od razu czuje się to wyluzowanie wszystkimi i wszystkim.
Posiadają kilka instytucji, które wprawiają mnie w zdumienie i z których chętnie korzystam lub korzystałabym w sprzyjających warunkach. Instytucja wypijania lufki na przystanku czekając na autobus z plastikowego jednorazowego kieliszka. Instytucja podróżowania autobusem który nigdy nigdzie się nie spieszy, postupujcie prosim do zadu… Głośniki na ulicach z których kilka razy dziennie puszczane są ludowe przyśpiewki i brzmi to wszystko jak w Orwellu, trochę przerażająco i trochę rozkosznie. Ich cesnaková polievka, bryndzové halusky, vyprážaný syr…
A to wszystko i tak nic wobec tego czegoś, co mają w dostatku i co ciągnie o szóstej rano pomimo bólu w nogach. Mają góry.
W górach najlepiej rozmawia się samej ze sobą i z kimś. Przegadaliśmy tak ostatnie dziesięć dni.