Wirtualna noc skończyła się o czwartej. Gdzieś w okolicy czwartej. Było jasno.
Realny poranek zaczął się w tym samym czasie. Noc przeszła w dzień. Ostatnie ding. Pierwsze ding. Dzień dobry. Odliczanie czasu do dziewiątej i odliczanie czasu od dziewiątej. Tik – tak. Zegara na ścianie, zegara w komputerze, zegara w głowie. Jedenasta czterdzieści dziewięć. Zimne resztki kawy nie smakują najlepiej, trzeba ją wymienić. W pokokju zbyt ponuro przy zasłonach i zachmurzonym niebie, trzeba je odsłonić. Maile już tylko „Odebrane”, trzeba napisać nowy. _Napatefonie zbyt smutno, trzeba coś innego. Trzeba obrać młode ziemniaki. Trzeba napisać plan waldorfskiego na wrzesień. Trzeba zmienić piżamę na dzinsy. Trzeba włączyć telefon do ładowarki. Tak… Trzeba związać włosy.
Jak bardzo „chcę” różni się od „mogę”? A jak zmierzyć virtual insanity? Hm?
4 Comments
„A jak zmierzyć virtual insanity?” – Sumą niewypowiedzianych wrażeń?
I tęsknotą. Obstaję przy swojej wersji
vouloir et pouvoir ce devoir