W małym słowackim miasteczku wchodzę do przydworcowej knajpy żeby skorzystać z toalety. Żeby to zrobić muszę dostać od bufetowej klucz, staję więc przy barze i czekam aż ta, zajęta obsługiwaniem konsumentów podejdzie w moją stronę. Jest jedenasta rano ale kilku stałych bywalców ma już poważne problemy z określaniem kierunków świata… może dlatego ze to sobota. Obok mnie przy kontuarze chwieje się… hm… pan w okolicach sześćdziesiątki, najbardziej ze wszystkich… hm… zadowolony że to sobota. Kiedy staję obok niego odwraca w moją stronę głowę, kątem oka widzę jak usiłuje zogniskować na mnie wzrok, jak odsuwa i przysuwa głowę i mruży oczy próbując wyostrzyć obraz. W końcu chyba mu się udaje bo chwyta krawędź baru obiema rękami i patrząc na mnie obwieszcza sali grobowym głosem:
- to je dama…!
…
Kiedy wychodzę z toalety pan siedzi w kącie sali przy pustym stole, ściska głowę rękami i histerycznie, głośno płacze. Kocham Słowaków.