Kilka dni temu zdarzyła mi się pewna historia. Było rano, tuż przed 7.30. Wysiadłam z autobusu pod starym domem, stąd do pracy zaledwie kawałeczek. Chcę wejść na chodnik, patrzę pod nogi i… widzę czyjeś dokumenty. Czarne, dość pospolite etui z imitacji skóry, w środku dowód i prawo jazdy kolegi. Nawet nie kolegi lecz znajomego z widzenia z klatki obok. Co tu myśleć, pod tą klatką stoję więc wchodzę i jadę na 5 piętro. Dzwonię dwa razy zanim otwiera mi gość pod pięćdziesiątkę, pewnie ojciec chłopaka.
Otwiera. Bez słowa.
Ja: Dzień dobry, przepraszam jest wcześnie ale… znalazłam dokumenty, to chyba T.? (nie znam chłopaka z imienia ale jest rok starszy ode mnie, a w dokumentach imię jest).
On: Zgubił? (podejrzliwie, dość wrednie).
Ja: No nie wiem… (konsternacja, zaczynam dość głupio się czuć).
Ja nadal: Proszę (podaję). Znalazłam i oddaję.
On: No nie wiem czy znalazłaś. (wrednie, „na ty”, co jest do cholery?!)
Wziął. Zamknął drzwi.
Powinnam być na faceta zła, zamiast tego pozostał jedynie pewien niesmak i uczucie zażenowania. Wiecie, takie uczucie „wzdrygnięcia się” i natychmiastowy rozkaz głowy „nie myśl o tym!” kiedy tylko przypomina nam się jakaś krępująca sytuacja z naszego życia (fusy z kawy w kąciku ust na randce czy rozpięty, odsłaniający bieliznę guzik bluzki na ważnym spotkaniu).
Nie krytykuję, nie oceniam. Może nachodzą go wierzyciele czy wezwania do wojska, może tydzień temu zostawiła go żona albo zmarł ktoś bliski i w ten sposób odreagowuje stres.
I nie, nie chodzi mi o to, że miał być wdzięczny, bić pokłony, uiścić wysokie znaleźne i rozpowiadać sąsiadom jaka to jestem szlachetna i bezinteresowna. Mimo to mogło być „dziękuję”. Mogło być zmierzłe i opryskliwe, mogło być nawet przerwane trzaśnięciem drzwiami. Ale mogło być.
7 Comments
„A to Polska właśnie” … stopień frustracji zbiorowej przypuszczam przekroczył wszelkie dopuszczalne normy stężenia…
„Frustracja zbiorowa” to wygodne wytłumaczenie dla upadku wszelkich ideałów i choćby pozornych form zwyczajowych. Nie przekonuje mnie to.
Mój Tato zawsze mówił, że są ludzie i parapety. Trafiłaś na taki parapet, a zderzenie z nim zawsze boli. Współczuję. Pozdrawiam cieplutko. nieboska
Właśnie chodzi o to, że zbyt wiele rzeczy stało się wygodnymi. Często dostępność a brak środków powodują zgrzyt i dlatego chyba tak to się dzieje z tym polskim „zubożenie vs konsumpcjonizm”.
Szkoda Kochani że przyszło nam żyć w tym „zubożenie vs konsumpcjonizm” z „parapetami” zamiast otwartych na pogodne niebo okien… Nic to jednak, na reklamie na moim blogu uśmiecha się sympatycznie starszy pan, chyba od Visy w mBanku, uśmiechnijmy się zatem (z politowaniem i optymizmem) i My:)
„Szkoda Kochani…” miało być tu, pod obojgiem z Was:)
Tzn. tu cholera!!!