Im zimniej i okropniej na dworze, tym lepiej we mnie. Moja teoria jest następująca: im weselej, radośniej i optymistyczniej za oknem (wiecie, te wszystkie kwiatki, młode listki, motylki i inne zjawiska przyrody), tym większy pęd do lepszego samopoczucia i optymizmu w nas. Im większy pęd, tym większa rozbieżność między nastrojem a okolicznościami natury. Im większa rozbieżność, tym większa frustracja pod tytułem ‘cholera, coś ze mną nie tak’. I tak dalej…
Jakoś tak jest, że od paru ładnych dni wszystko (podkreślam: wszystko) układa się bardzo bardzo (no dobra, z odrobiną przesady być musi, w końcu jestem kobietą, nie?) dobrze. Tak dobrze, że z pełną odpowiedzialnością i premedytacją naginam troszeczkę konwencję bloga i umieszczam emota w tytule.
Hm… Wczoraj Jacca napisał mi, że planety utworzyły przedziwną ale dobrą (ha!) konstelację.
Teraz mój czas zaczyna być odmierzany trzema przyszłymi tygodniami. Bez dwóch dni. Czy ja już kiedyś o tym nie pisałam?
Będzie dobrze Słoneczko, będzie dobrze Kochana, będzie dobrze ludzie.
5 Comments
siema to ja gdzie twoje zdjecie
… no w dowodzie jest na przykład… i w tym zielonym albumie też. Taaa…
oczywiście, ze będzie i jest dobrze
bo jakże by inaczej 
Abrakadabra i jesteś znowu… A ja już niemal postawiłem krzyżyk…