Jutro drugi raz w tym tygodniu otwieram przedszkole uzbrojona w odmrażacze do zamków i słoik soli. Prawdziwa saga lodowa wyludnionego o szóstej trzydzieści zamkniętego osiedla. Nawet zabawnie jest szczerze mówiąc. I chyba trochę szkoda że mrozy lżeją… (taktak, wiem, jestem nienormalna).
Paskudna infekcja z dziwnymi opryszczkami w okolicach, hm, górnych zewnętrznych dróg oddechowych (określa się to w ten sposób?) zaleczona (chyba) z powodzeniem. Wystarczyła aspiryna i spanie jedenaście godzin. I Słonko obok oczywiście.
Jakąś godzinę temu chyba był pożar w naszym bloku. Dziwny zapach palonego plastiku, strażacy na schodach, pootwierane okna na korytarzu i zaaferowani sąsiedzi w kapciach. Piszę chyba, bo zamieszanie ucichło tak szybko jak się pojawiło a ewakuacji nie ma. Za to dużo bardziej zaaferowany był mój Ojciec przez telefon, kiedy prosiłam Go, by przysłali mi jak najszybciej odpis skrócony aktu urodzenia, co to potrzebny mi jako zamiejscowej w USC. Oni chyba jeszcze nie wierzą do końca w zamążpójście moje.
A ja wierzę.
2 Comments