Mam trzynastkę adaptujących się dwulatków. Płaczą wszystkie, z przerwami ale wszystkie. Po powrocie rozmasowuję zakwasy na ramionach od ich noszenia i stwierdzam, że bardzo bardzo kocham moją pracę. Kocham być osmarkana i opluta, kocham dźwigać małe ciałka, kocham upychać kaszkę w buźki. Kocham kiedy zasypiają a pojedyncze łkania zamieniają się powoli w równe dziecięce oddechy. Mam szczęście, bo trafiła mi się całkiem fajna grupa nowych rodziców i ich też kocham. Kiedy tam jestem wchodzę na inne obroty, zapominam o wszystkim co na zewnątrz, liczy się tu i teraz. I to jest wspaniałe, i to daje satysfakcję z prostego faktu robienia tego, co zawsze chciało się robić. Każdy tak powinien.
Tylko po powrocie do domu zasypiam na stojąco
9 Comments
Rannyyyy….jaki Ty musisz mieć wspaniały charakter, cierpliwość i wogóle…no jesteś moją idolką….normalnie.
od 16 sierpnia br. potworki zamykam w klatkach
w odniesieniu do jednego, szczególnego biegacza rozważam użycie taśmy przylepnej dwustronnej…
się normalnie rumienię…
Ja też chcę taką przedszkolną „ciocię” dla mojego adaptującego się trzylatka, tylko jak taką znaleźć (bo nie mieszkam w Szczecinie)
w innych miastach też są, głowa do góry
i powodzenia w adaptacji, trzymam kciuki 
Oj, piekne to, naprawde! Jestem pelna podziwu, choc wiem, ze taka praca daje tez duzo tobie tego ciepelka, wiec jest to dwustronne, ze sie tak wyraze. Moja paskudna praktyczna natura odzywa sie jednak i pyta, no i ile oni jej za to placa??!!! I dlaczego tak malo…
odpowiem Ci tak: nie płacą mi tyle ile bym chciała, ale też nie tyle, żebym nie chciała tego robić
Hehe… ale z tymi smarkami i pluciem to przesadzilas!…