Kwaśne miny przez telefon na wieść o przedłużonym L4. Walczę ze swoim poczuciem obowiązku, albo raczej moje ciało walczy. Takie czasy, że choroba odbierana jest przez współpracowników jak krwawy zamach skutkujący drastycznym zwiększeniem ich obowiązków, zwolnienie chorobowe jak złośliwość a chęć dojścia do siebie w stu procentach jak wygodnictwo i olewactwo. Cóż, skoro tak…
Chcę wyzdrowieć do końca pomimo niemiłej atmosfery jaka powita mnie po powrocie, bo wiem że potrzebne mi będą siły, dużo sił do spraw zaklejonych w białej kopercie A4, która pójdzie dziś jeszcze z całodobowej poczty na Grunwaldzkim.
Mąż śmieje się, że właśnie zaczynam swoją życiową przygodę z polskim sądownictwem, ja wolę myśleć, że to tylko jednorazowy epizod.
Wszystko to skutkuje zdecydowanie nabrzmiałą aktywnością w sferze sztuki graficznej – zapoznaję się z Paint Shop’em, powstało i powstaje nadal kilka prac. Może nawet kiedyś je pokażę… narazie potrzebują czasu i dystansu. I to nie jest kokieteria.
2 Comments
Ty zaczynasz przygode z polskim sadownictwem, ja z tutejszymi firmami ubezpieczeniowymi. Tylko ja sie nie znam na programach graficznych, wiec raczej nic pieknego z tego nie wyniknie
powoli, czy to będzie coś pięknego to się jeszcze okaże; no i będzie niezła padaka, jeśli okaże się, że potrafię cokolwiek stworzyć tylko kiedy mam pozwy i wyroki na rzeczy