W domu. Roześmiana go granic możliwości. Miało mnie tu teraz nie być, miałam cudnie się bawić na niesamowicie zapowiadającej się imprezie. Cóż, jestem w domu.
Pikanterii dodawał fakt, że z 30 osób znałam zaledwie 2 więc nowe znajomości – nowe wyzwania, zamknięta nastrojowa knajpa, niezły klimacik… zapowiadało się niesamowicie. Skończyło się na malutkim „niesamku w ustach” i wydzwanianiu do kumpla z samochodem po transport do domu. Zaczęło się nienajlepiej ale co tu kryć, większość imprez musi przejść „trudny start”. Potem było tylko gorzej, po godzinie skończyło się piwo i zaczęło się dziwne nerwowe składanie na następne (nocny niedaleko, żaden problem – teoretycznie). Jakieś dziwne pretensje kto „dał ile i ile mu przysługuje”. Ktoś zabrał mój płaszcz i poszedł w nim w nieznanym kierunku na 2 godziny, ktoś zepsuł muzykę, ktoś kupił kurczaka z rożna (jednego! przy stole 30 osób), położył go na foliowej reklamówce i kazał się częstować. Żenada, za to uśmiałam się za wszystkie czasy.
Ludzie w naszym wieku, wyluzowani, uśmiechnięci (na początku), pozytywnie nastawieni do świata. Tak naprawdę pełni frustracji i żalu do wszystkich o wszystko, nie zamierzam w tym uczestniczyć. Jesteśmy na to z Chopem za starzy.