Wiesz… Tak zwane „folgowanie sobie” ma to do siebie, że przychodzi moment, kiedy musisz chcąc nie chcąc pomyśleć – jak to się skończy? Ja właśnie myślę. Wszystko stało się nieświadomie, nawet nie wiem kiedy, pewnie gdybym nie „pofolgowała sobie” nic takiego nie miałoby miejsca. Ale czy to istotne? Nie wyobrażam sobie końca (tak, masz rację, „It`s hard to imagine”), nie wiem jak to będzie wtedy. I boję się troszkę. Boję się, bo to co trwa jest piękne. Wspaniałe, zadziwiające, „nieprawdopodobne”. Tylko chyba forma bardzo ogranicza, a formy zmienić nie sposób.
Wiesz, chyba jestem w pełni przygotowana na koniec, bo przecież coś takiego nie może trwać wiecznie. Choćbyśmy nie wiem jak chcieli by tak się nie stało, koniec nadejdzie. Przypuszczam nawet kiedy, choć w najmniejszym stopniu nie zależy to ode mnie.
Smutna? Ani trochę.
Uśmiechnięta? Jak najbardziej.
„Romantycznie bzdurowate”, wiem.
9 Comments
Nie wiem dlaczego, ale jest to mi baardzo bliskie. Dziękuję za życzenia i również wesołych świąt Ci życzę… wesołych, spokojnych i pełnych nadziei. Nieboska
przyzwyczajenia ograniczeniami (są); nieprawda?
Ano;)
Czasem tak bywa, że żałujemy, bo coś się kończy… pytanie czy już lepiej być nie może i czy to, co się stało w jakiś sposób nie zamieni szarej perspektywy końca – nieuchronnie się zbliżającego, na perspektywę początku czegoś dużo wspanialszego.
Nie, nie żałuję. Nie żałuję niczego, tak już mam. To pewna niewiadoma, która pociąga mimo niepewności. Nie ma tu miejsca na smutek, jest troszkę strachu, tak, ale czy nie pojawia się on zawsze kiedy zacząć ma się „nieznane, nowe”?
„(…)Lecz serce, serce człowieka, Wciąż w nieskończoność ucieka (…) I wierzy, że w swoim łonie Przestrzeń i wieczność pochłonie.(…)”A.A.
A nie o to w tym wszystkim chodzi?
Widzę, że lubisz mieć „ostatnie słowo” …
Ha!